|
sobota, 28 stycznia 2012
Obiecałam dzieciakom, że wybierzemy się do kina na Muppety, i dzisiaj nadszedł czas na spełnienie tej obietnicy. Odebrałam Mikołaja z treningu piłkarskiego i ruszyliśmy do Starego Browaru, bo tam akurat był seans o pasującej nam godzinie. Kilka razy do roku zdarza mi się wybrać do centrum handlowego podczas weekendu, i zawsze potem żałowałam - tak też było i tym razem... Wszystkie media bębnią o kryzysie, a tam przewalają się masy ludzi, do kina kolejka, do Pizza Hut kolejka, i nawet kolejka do kasy parkingowej! Stanie w korku na podziemnym parkingu to stanowczo nie jest mój ulubiony sposób na spędzenie soboty... muszę chyba organizować takie wyjścia w inne dni lub o zupełnie innej porze. Co do samego filmu, to był taki sobie, przeciętny, ale miło było przypomnieć sobie Muppety - szkoda tylko, że było tak mało mojego ulubionego szwedzkiego kucharza. Dzieciakom najbardziej podobał się Zwierzak, no i kultowy Kermit. Mam ochotę pooglądać sobie stare odcinki Muppetów, może na youtube coś znajdę, o ile nie jest to obecnie niezgodne z prawem ;)
wtorek, 24 stycznia 2012
Dzisiejszy humor z zeszytów szkolnych (by Mikołaj). Praca domowa: Napiszę po 4 zdania z wyrazami z ó, rz, ż. Król Józio, który lubi żółte ogórki i miód, jest tchórzem. Włóczęga włóczy się z córką, która uwielbia włóczenie. Dwójka, trójka, czwórka, szóstka, siódemka i ósemka to ulubione cyfry wójta. Czółno wróżbity jest zrobione ze skóry i płótna. Grzegorz i Katarzyna mają się spotkać w Rzymie z Kazimierzem. Rycerz na morzu wzywa trzech lekarzy. Rzetelna rzepa zrzędzi, bo rząd jest za głośno dla uszu. Zakurzona rzodkiewka nie rządzi warzywami. Żółta żmija jest zażenowana, że razem z różowym wężem nie umie pokonać żuka. Żołędzie żałują, że zapaliła się wyróżniona żarówka. Żaneta żegna żbiki, żyrafy i jeże. ...czasami żałuję, że nie poprawiam zeszytów w szkole podstawowej... A jeżeli chodzi o inne absurdy, to Pan Mąż jest właśnie w Hong Kongu i będzie tam przez 3 tygodnie w stoczni. Tymczasem na turnieju rozmawiałam ze znajomymi i dowiedziałam się, że w przyszłym tygodniu lecą na 3 dni do Hong Kongu na sympozjum. Tak więc właśnie jestem w trakcie zgrywania spotkania Pana Męża z owymi znajomymi. Co ciekawsze, mieszkamy jakieś 2,5 kilometra od siebie, ale trzeba polecieć na drugą półkulę, żeby się spotkać :)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Według chińskiego kalendarza, dzisiaj rozpoczął się Rok Smoka - a więc mój! Takie figurki z laki przywiózł kiedyś Pan Mąż z Chin. Ponieważ Chińczycy uważają Smoka za najlepszy znak, nadchodzący rok też podobno zapowiada się pomyślnie, aczkolwiek dość burzliwie. W horoskopie wyczytałam, że mam szansę na realizację marzeń - a mam jedno takie, które chciałabym w tym roku zrealizować! Oby się udało. Pozostałe znaki chińskie w naszym domu to Tygrys (Pan Mąż), Owca - lub Koza w niektórych wersjach (Mikołaj) i Pies (Madzia). A jakie są Wasze chińskie symbole? Wszystkiego dobrego w Roku Smoka :)
niedziela, 22 stycznia 2012
Madzia przyszła dziś do mnie z następującym pytaniem: - Mamo, czy jest taka ryba: dalmatuńczyk? ... Spróbowałam sobie to wyobrazić, ale pewne rzeczy chyba są beyond imagination...
sobota, 21 stycznia 2012
Atrakcji okołodzieciowych ostatnio dość sporo i dzisiaj w kalendarzu był noworoczny szkolny turniej piłkarski, który zajął nam większą część soboty. Właściwie miałam zawieźć Mikołaja, obejrzeć pierwszy mecz i wrócić do domu, a następnie Mikołaja odebrać, ale okazało się, że ów pierwszy mecz nasza drużyna przegrała 0:1 i to z pierwszą klasą! Znieść porażkę z godnością nie jest łatwo, więc postanowiłam zostać i trochę pokibicować, w nadziei, że może następny mecz będzie lepszy. Oprawa była bardzo dobra, mieliśmy wspaniałe cheerleaderki i doping rodziców - kibiców. Nic to jednak nie pomogło i następny mecz, również z klasą pierwszą, został przegrany 0:2. Nasi są w czarnych strojach. Wszyscy chłopcy po zejściu z boiska płakali gorzkimi łzami i trudno było ich przekonać, żeby wyszli na boisko jeszcze raz, zwłaszcza że przed nimi był mecz - killer, z równoległą klasą drugą, w której są bardzo dobrzy piłkarze. Nasi, pomimo regularnych treningów, mają z piłką nożną problem - i tak dobrze, że nie mylą im się kierunki podawania piłki, ale wszystko inne leży i kwiczy. Trzeba im jednak przyznać, że walczą dzielnie i jak już są w grze, nie tracą ducha! Jak nietrudno przewidzieć, ostatni mecz przegrali i to sromotnie, 0:6 (na szczęście nie był to najgorszy wynik wieczoru - ten osiągnęła klasa trzecia 0:8). Zajęli więc ostatnie, czwarte miejsce w kategorii klas 1 i 2. Emocje... jak na grzybach, zgodnie z ulubionym powiedzeniem Pana Męża. Fajnie było pokibicować i mam poważne obawy, że jutro będę zachrypnięta ;)
piątek, 20 stycznia 2012
Dziś byłam u Madzi w przedszkolu na występie z okazji Dnia Babci i Dziadka. Musiałam robić za babcię, bo szczerze mówiąc trochę przespałam okres, w którym wypadało babcie zaprosić, ale podejrzewam, że i tak żadna z nich by się raczej w podróż nie wybrała o tej porze roku (pomijam zresztą, że pobyt u nas i tak nie ma zbytnio sensu teraz, bo przez większość dnia po prostu nas nie ma). Dzieci prezentowały przedstawienie z Jasełek, w bardzo okrojonym składzie, bo choroby dziesiątkują i z Madzi grupy była tylko połowa przedszkolaków. Za to udało mi się wreszcie zrobić jakieś zdjęcia. Oto Madzia w roli groźnej macochy, niestety wciąż odwracała się ode mnie i mam tylko zdjęcia z boku! Dziwnie smutno było popatrzeć na babcie z dziadkami. Mój ojciec dzisiaj skończyłby 65 lat, ale w październiku minie 17 lat, odkąd nie żyje. Z dziadkiem po mieczu nie mamy kontaktu. Z zazdrością patrzyłam, jak spotykają się dwie pary dziadków tego samego dziecka i witają się ze sobą serdecznie. U nas nigdy coś takiego się nie zdarzyło i pewnie się nie zdarzy, pomijając fakt, że jest to fizycznie niemożliwe. Pomyślałam sobie jednak gwoli pocieszenia, że mamy szansę, abyśmy my stali się taką pierwszą parą dziadków dla naszych dzieci i ewentualnych wnuków - tak więc nie wszystko chyba jeszcze stracone...
środa, 18 stycznia 2012
Dojechałam dziś rano do pracy, zdjęłam płaszcz i wstawiłam wodę na kawę, i nagle zorientowałam się, że coś mi nie pasuje. Po chwili stwierdziłam, że rozpruła mi się sukienka na szwie pod prawym ramieniem! Sukienka sweterkowa, z krótkim rękawem, musiała puścić nitka i okazało się, że mam piękny "wywietrznik" długości 20 cm, a rękaw sobie swobodnie powiewa beż żadnego punktu zaczepienia. Gdyby to chociaż było po lewej stronie, to może bym sprawę odpuściła i usiłowała po prostu trzymać ramię przy sobie, ale funkcjonować cały dzień bez prawej ręki, no to już raczej niemożliwe. Ruszyłam więc na poszukiwanie igły z nitką, a muszę dodać, że była 8.30 i jeszcze niewiele osób było w pracy. Każda napotkana osoba na pytanie "masz może igłę z nitką?" robiła wielkie oczy i miałam przez moment obawę, że będę musiała przez cały dzień siedzieć nieruchomo. Na szczęście przyszła do pracy niezawodna sekretarka i dostałam od niej niezbędne utensylia, co prawda z białą nitką (a sukienka szara), ale zawsze to nitka. Zamknięto mnie więc na 20 minut w gabinecie szefowej, gdzie wykonałam niezbędną operację krawiecką i mogłam się stawić przed studentami w pełni odziana - i nawet punktualnie. Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że muszę koniecznie trzymać w pracowej szufladzie akcesoria do szycia. Zwłaszcza, że jest to drugi raz, kiedy bardzo potrzebna jest igła - pierwszy raz był na wakacjach w Portugalii, kiedy to Mikołajowi weszła w palec drzazga i okazało się, że igła jest nie do zdobycia. Ja z domu nie zabrałam, a w całym ośrodku igieł nikt nie posiadał. Pan Mąż wysłany do supermarketu w celu nabycia igieł wrócił z ... haczykami wędkarskimi (na szczęście okazały się bardzo ostre i drzazga została sprawnie usunięta). Tak więc, nigdy więcej bez igły i nitki - a przynajmniej agrafki - nigdzie się nie ruszam!
niedziela, 15 stycznia 2012
Mikołaj spędził ostatni tydzień w domu i jutro wreszcie idzie do szkoły. Idzie zupełnie nieprzygotowany, bo dostałam od wychowawczyni spis zadań dopiero w czwartek, a w piątek okazało się, że wszystkie potrzebne książki zostały w szkole. Do szkoły już nie zdążyłam pojechać, tak więc żadnej pracy domowej Mikołaj nie zrobił. Będzie miał co robić w następnym tygodniu :) Na szczęście jednak w domu nie próżnował tak zupełnie, bo opiekunka wymyślała mu co chwilę nowe zabawy, z których najlepsze oczywiście były zajęcia plastyczne. Któregoś dnia zrobili z panią teatrzyk i potem zaproszona zostałam na przedstawienie pod tytułem "Wyzwanie Wójta i Kamasza oraz niespodzianka Złomka", a w rolach głównych wystąpiły oczywiście samochody z filmu Auta.
Madzia pozazdrościła Mikołajowi, a ponieważ załapała się w piątek na dwie godziny z opiekunką, również wykonała teatrzyk, ale u Madzi oczywiście występowały księżniczki. Teatrzyk ma oczywiście formę zamku, jakby ktoś nie odgadł ;)
Madzia ostatnio rozbawiła mnie do łez. Madzia: - Mamo, czy Babcia Dana to jest Twoja mama? Ja: - Tak. Madzia: - A Twój tata jak się nazywał? Ja: - Dziadek Andrzej. Madzia: - A no tak, ale on już dawno wyginął! * Mikołaj natomiast dał mi warzywny powód do śmiechu. Dziś byliśmy na spacerze i Mikołaj wszedł mi pod nogi. Ja: - Mikołaj, uważaj, bo będę Ci skrobać marchewki! Mikołaj: - Ja bym jednak wolał skrobanie pietruszek...
piątek, 13 stycznia 2012
Od pewnego czasu nasza uczelnia proponuje pracownikom szkolenia zawodowe, finansowane przez Unię Europejską. Nie są obowiązkowe, ale ponieważ tematyka wydała mi się ciekawa, postanowiłam się wybrać i namówiłam jeszcze dwie koleżanki. Tematy są różne, a my wybrałyśmy się na techniki i metody pracy grupowej. No cóż... w naszym przypadku UE chyba wydała pieniądze niepotrzebnie! Myślę, że jeśli same byśmy przygotowały takie szkolenie, to wcale nie było by gorzej, a może i parę osób więcej by skorzystało! Techniki pracy grupowej stosujemy bowiem na co dzień, a osoby z innych katedr, bez przeszkolenia metodycznego - już niekoniecznie. Przez prawie godzinę graliśmy na szkoleniu w Jengę, bo pani chciała uświadomić nam fazy rozwoju grupy. Przez następne 40 układaliśmy tangramy, ale ponieważ polecenie zostało źle sformułowane, zamiast rozwijać pracę grupową, podzieliliśmy się zadaniami i każdy dziubał swoje. Resztę tych czterech godzin spędziliśmy na dyskusjach o dość oczywistych rzeczach, jak na przykład dlaczego niektóre zajęcia są nudne, a inne ciekawe; lub jakie role przyjmuje się będąc w grupie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że takie szkolenia to easy money... Ja też mogłabym przeczytać kilka pseudonaukowych książek, przygotować skrypt i przeprowadzić takie szkolenie, a i to może lepsze, bo poparte 15 latami pracy w zawodzie. Szkoda tylko popołudnia, które mogłabym spędzić w bardziej produktywny sposób. A teraz trochę z innej beczki: Mikołaj chciał wyjąć wtyczkę z kontaktu. Obserwująca go Madzia dała mu następujące ostrzeżenie: - Mikołaj, uważaj, bo zarazisz się prądem...!
środa, 11 stycznia 2012
Bardzo szaro jest na świecie ostatnio - nie, żebym nie narzekała, bo poprzednia zima mocno dała mi w kość i wcale nie tęsknię za odśnieżaniem i przebijaniem się przez masy śniegu! Że nie wspomnę już o rachunkach za ogrzewanie... Niemniej jednak, kiedy widzę to szare niebo, i całe otoczenie wydaje mi się jakieś szare i brudne, to zaraz po obudzeniu się rano zastanawiam się, kiedy znowu będzie wieczór, żebym mogła znowu iść spać. A jak już ten wieczór przychodzi, to zasnąć jakoś nie mogę i z tego powodu jestem dość mocno zmęczona. Oby do wiosny... A z wydarzeń kilku minionych dni, warto zanotować, że udało nam się znaleźć bardzo fajne zajęcia baletowe dla Madzi i to po sąsiedzku niemalże, bo w pobliskim spa (Madzia mówi, że podczas jej zajęć ja powinnam iść na masaż... gdyby to było takie proste!). Poza tym dostałam nagrodę rektora za osiągnięcia dydaktyczne - może i jest to jakiś prestiż, ale suma była tak niewielka, że prawie ją przeoczyłam na koncie. Mikołaj nadal siedzi w domu, pozostali zdrowotnie jakoś się trzymają, a Pan Mąż powinien być z nami dopiero przed Wielkanocą. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A to Dzieci
A tu jest Pan Mąż
Aaaa ... gotuję!
Aaaa ... podróżujemy!
Do popatrzenia
Jestem kobietą...
Kobiety piszą
Poznańsko
Rozweselają
Tu czytają
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||